Tajlandia poza turystycznym szlakiem. Spotkanie po latach w Nakhon Sawan
Fragment podróży dookoła świata – zapiski z Tajlandii.

Pierwsze wrażenia z Nakhon Sawan i podróż na pace
Nasza dalsza podróż z historycznej Ayutthayi nabrała bardziej osobistego charakteru. Tym razem jechaliśmy do znajomego, który kilka lat wcześniej przeniósł się do Tajlandii i osiadł w Nakhon Sawan.
Prawdę mówiąc, pewnie nigdy byśmy tam nie pojechali, gdyby nie on. Nakhon Sawan to raczej węzeł komunikacyjny niż turystyczna perła. Cieszyliśmy się jednak na spotkanie — i na to, że tym razem nie musimy nic planować, tylko dać się prowadzić w miejsca, w które sami pewnie byśmy nie trafili.
To miasto, nazywane niekiedy „Niebiańskim miastem” lub „Bramą do północy”, leży w sercu Tajlandii, gdzie rzeki Ping i Nan łączą się, tworząc życiodajną Chao Phraya.
Dotarliśmy tam pociągiem późnym popołudniem. Już na peronie zorientowaliśmy się, że coś tu nie działa tak, jak w innych tajskich miastach. Przed stacją nie czekały tuk-tuki, nie było autobusów, nikt nie nawoływał turystów. Okazało się, że stacja kolejowa znajduje się po drugiej stronie rzeki, oddalona od centrum miasta o półtoragodzinny marsz.
Taka wędrówka nie była częścią naszego planu.
Przez chwilę staliśmy bezradnie z plecakami, zastanawiając się, jak rozwiązać tę sytuację. Na szczęście los znów nam sprzyjał. Przed wejściem do dworca zaczęła zbierać się grupka ludzi. Wyglądali tak, jakby czekali na transport. Zagadnęliśmy ich, a jedna z kobiet, mówiąca odrobinę po angielsku, powiedziła, żebyśmy chwilę poczekali. Kilka minut później jechaliśmy już na pace pickupa, sunąc w stronę miasta razem z naszą nową znajomą i resztą pasażerów.
Gdy przejeżdżaliśmy przez most Dechatiwongse, naszą uwagę przykuły długie, smukłe łodzie sportowe sunące po rzece. Nasza towarzyszka wyjaśniła, że właśnie trwa festiwal Chak Phra — święto upamiętniające powrót Buddy z niebios. Okazało się, że ona sama miała wziąć udział w zawodach. Zaprosiła nas na promenadę, ale niestety musieliśmy odmówić z powodu wcześniejszych planów.
W centrum skierowaliśmy się od razu do hotelu. Okazał się nowoczesny i zaskakująco komfortowy. Po całym dniu podróży cisza klimatyzowanego pokoju była niemal luksusem. Hałas ulic, kurz i lepki upał zostały za drzwiami.
Spotkanie po latach - kulinarne odkrycia i nocne życie
W końcu nadszedł czas na spotkanie z naszym kumplem i jego dziewczyną. Przyjechali na motocyklach, gotowi zabrać nas na przejażdżkę przez miasto.
Podróż na motorze z dziewczyną – Filipinką, która była przyzwyczajona do jazdy po azjatyckich ulicach, była dla mnie nie lada przygodą. Jej umiejętność lawirowania między chaotycznym tajskim ruchem drogowym, z prędkością, która wydawała się łamać wszystkie zasady bezpieczeństwa, była jednocześnie fascynująca i… przerażająca.
Późnym popołudniem wybraliśmy się do świątyni Wat Luang Pu Tao, która słynie z największego posągu Buddy w Nakhon Sawan. Choć w mieście znajduje się wiele innych świątyń, to właśnie ten monumentalny posąg przyciąga największą uwagę i jest uznawany za wizytówkę miasta. W rzeczywistości miejsce to bardziej przypomina teren klasztoru niż tradycyjną świątynię.
Rozmowa ze znajomymi toczyła się swobodnie, jakbyśmy widzieli się wczoraj, a nie po latach. Czas przestał mieć znaczenie. Jeszcze jedno spojrzenie na rozświetlone miasto — i ruszyliśmy w noc.
Zabrali nas do dużej, gwarnej restauracji. Była sobota i w powietrzu czuć było weekendowy luz. Posiedzieliśmy tam, ale nie tak długo, jak przystało na sobotni wieczór. Na więcej nie starczyło już sił. Resztę zostawiliśmy na kolejny dzień.
Następnego ranka zaczęliśmy od targu. Był inny — nienastawiony na turystów. Kupiliśmy tam kilka rzeczy na wieczór. Potem skręciliśmy do niepozornego lokalu, który z zewnątrz nie zdradzał niczego szczególnego.
Nasi znajomi, weganie, zabrali nas właśnie tam. To było ich miejsce. Nie było angielskiego menu, za to było jedzenie, dla którego warto było wrócić — choć piekielnie ostre.
Potem przyszła pora na masaż.



Masaż tajski – odnowa dla ciała i duszy
Cieszyłam się, że trafiliśmy właśnie tutaj. To miejsce było dla miejscowych, nie dla turystów. Dzięki temu nie spodziewałam się powtórki dramatu z Wietnamu.
Na wejściu dostaliśmy herbatę. Potem zaprowadzono nas do przebieralni i wręczono luźne, bawełniane stroje. Masażu tajskiego nie robi się na gołe ciało. Pracuje się przez ubranie — inaczej nie dałoby się wykonać wszystkich tych skrętów i rozciągnięć.
I rzeczywiście. Masażystka używała wszystkiego: dłoni, łokci, kolan, a czasem nawet stóp. Ciało było wyginane w pozycjach przypominających jogę. Po godzinie trudno było powiedzieć, czy bardziej czuję odprężenie, czy zmęczenie. Jakby ktoś nagle uelastycznił wszystkie ścięgna.
Po takim masażu nie mieliśmy już ochoty na żadne zwiedzanie. Wróciliśmy do domu, wyciągnęliśmy jedzenie kupione wcześniej na targu i usiedliśmy razem przy stole. Cieszyliśmy się swoim towarzystwem, udając, że nikt nie musi wstać rano do pracy.
Ale poranek i tak przyszedł. Nasi znajomi musieli wrócić do swoich codziennych obowiązków. My, podróżnicy — choć wolni od etatu — nie mogliśmy zapominać, że każda chwila ma swój kres.
Czas było ruszać dalej. Przed nami wciąż było wiele do odkrycia, a północ Tajlandii czekała ze swoimi tajemnicami. Naszym kolejnym przystankiem miało być Chiang Mai.




