Na lądzie – Wieczory i codzienność na wyspie Cat Ba
Beztroskie wieczory i smaki Cat Ba

Na pokładzie łodzi spotkaliśmy ludzi ze Stanów Zjednoczonych i Irlandii, z którymi spędziliśmy resztę pobytu na wyspie. Pewnego wieczoru wybraliśmy się razem do jednej z lokalnych restauracji na Hot Pot – wietnamskie danie wspólnotowe, w którym różne składniki zanurza się w dużym garnku bulionu na środku stołu. Wrzący, aromatyczny bulion wypełnialiśmy tofu, świeżymi warzywami i wietnamskim szpinakiem – rau muống, popularną wodną rośliną. Siedząc przy stole, rozmawiając i delektując się posiłkiem, nagle zauważyłam niespodziewanego gościa. Szczur, z niezachwianą pewnością siebie, przechadzał się po regale za plecami mojego rozmowcy. Przykuł on moją uwagę, nie tyle ze względu na swoja obecność ile raczej na jego bezczelną śmiałość w przekraczaniu granic między jego światem a naszym. To on byl tu definitywnie u siebie a my bylysmy intruzami. Mimo tej niecodziennej sceny, nasze apetyty pozostały niezmącone, a po skończonej zupie wyruszyliśmy dalej.
Nie przeszliśmy nawet dwóch metrów, gdy w kolejnej restauracji zaoferowano nam piwo za 10 000 dongów – oferty nie do odrzucenia! Przeglądając menu, z radością zamówiłam porcję długo niejedzonych ziemniaków. W oczekiwaniu na zamówienie naszą uwagę przykuł kot, który z wielkim entuzjazmem ganiał za dużym karaluchem. Ten jednak nic sobie z kota nie robił i wędrował po lokalu, jakby czegoś szukał. W zatłoczonej restauracji w sercu miasta, natura znowu zaskoczyła nas swoją bezpośredniością – i, co ciekawe, nikogo to nie dziwiło.
Noc dopiero się rozkręcała, a my ruszyliśmy w poszukiwaniu lokalnych klimatów w okolicznych knajpach. W jednej z nich natknęliśmy się na grupę Brytyjczyków, którzy, wdychali hel. Ich głosy brzmiały jak postacie z kreskówek, a ich dobry humor doprowadził do tego, że pospadali z barowych hokerów. Spotkaliśmy tam również Wietnamczyka, zapalonego fana piłki nożnej. Z werwą próbował przekonać nas, że futbol amerykański to nic w porównaniu do europejskiej piłki nożnej. Jako Europejczycy, bez wahania przyznaliśmy mu rację. Dzielił się z nami swoimi poglądami politycznymi, ale w tak zabawny sposób, że śmialiśmy się do łez.
Wesele, które obudziło całe miasto
Nie było nam jednak do śmiechu pewnego dnia, kiedy z błogiego snu wyrwała nas głośna muzyka, która wdarła się do naszych uszu. Okazało się, że w naszym hotelu organizowane będzie wesele. Już od wczesnych godzin porannych trwały przygotowania, a „testowanie” głośności systemu dźwiękowego było w pełnym rozkwicie. Na dole panował taki hałas, że mógłby obudzić nawet nieboszczyka! Musieliśmy się szybko ewakuować, a kiedy wróciliśmy kilka godzin później, wesele trwało w najlepsze. Po krótkiej akustycznej “obserwacji”, muszę stwierdzić, że goście weselni chyba nie prowadzili rozmów – no chyba, że na migi. Było tak potwornie głośno, że stojąc na ulicy, ledwo mogliśmy to wytrzymać. Jedną starszą panią posadzili pod samym głośnikiem, i jeśli wcześniej miała problemy ze słuchem, to teraz z pewnością była całkowicie głucha. Może kierowali się zasadą „im głośniej, tym lepiej”? Tak jak lektor w telewizji?


Na nasze szczęście, było to jedyne wesele podczas naszego pobytu. Czas na wyspie mijał nam tak beztrosko, że wszyscy postanowiliśmy przedłużyć pobyt na Cat Ba. Dni upływały nam na leniuchowaniu i próbowaniu lokalnych przysmaków. W każdej knajpce, w której jedliśmy, towarzyszył nam „kumpel” szczur, który chyba szukał swojego przyjaciela karalucha. Nie wiem, czy go odnalazł, bo nadszedł czas, aby ruszyć dalej i szukać nowych przygód. Zmierzaliśmy na południe Wietnamu, do malowniczego miasta Hoi An.







