Dalat – Codzienne życie na rynku – Wietnamskie tradycje i kultura
Fragment podróży dookoła świata – zapiski z Wietnamu.

Będąc w Azji, trudno przejść obojętnie obok targowisk. To właśnie tam można znaleźć najświeższe owoce i warzywa, a także towary, których próżno szukać gdzie indziej.
Ale rynki to nie tylko miejsca handlu. To także przestrzenie, w których codzienne życie mieszkańców splata się z rutyną dnia. Niektórzy przychodzą nie tylko po zakupy, ale by spotkać znajomych lub na chwilę zatrzymać się w codziennym pędzie. To doskonałe miejsca do obserwacji relacji międzyludzkich i lokalnej kultury.
Wietnamskie bazary, w porównaniu do innych azjatyckich targowisk, które mieliśmy już okazję zobaczyć, urzekają nie tylko autentycznością, ale również swoją surowością. Są to miejsca, gdzie wszystko wydaje się bardziej naturalne, nieuporządkowane, a jednocześnie prawdziwe.
Rynek w Dalat znajduje się w centrum miasta i stanowi jego handlowe serce. Stragany wciśnięte są w wielopoziomowy labirynt budynków i rozlewają się po przylegających uliczkach oraz zaułkach z chaotyczną determinacją. Między nimi nieustannie przeciskają się piesi i skutery, potęgując chaos. Na rynku miejsce znajdzie każdy, kto ma coś do sprzedania - nawet gdy jest to tylko jeden produkt lub jeden produkt w malej ilosci jak na przykład kilka kilogramów pomelo. Sprzedawcy z najmniejszym towarem zajmują skrawki przestrzeni przy samej jezdni, niemal na środku drogi.
Dalat, znane z upraw dostosowanych do chłodniejszego klimatu, oferuje świeże truskawki, awokado i karczochy, które w innych częściach kraju pojawiają się rzadziej lub mają bardziej sezonowy charakter. Szczególnie karczoch stał się jednym z symboli miasta i to na tyle rozpoznawalnym, że na jego wzór zbudowano charakterystyczny budynek, znany jako Artichoke Dome.
Owoce i warzywa nie są jedynymi elementami, które definiują charakter miasta. Dalat, nazywane „miastem kwiatów”, zachwyca bogactwem lokalnie uprawianych roślin, które również tutaj, na rynku, zdobią stragany, tworząc bujną dekorację tego handlowego teatru.
Tym, co wyróżnia wietnamskie targi, jest obecność żywych zwierząt. Sprzedawane są z myślą o jedzeniu lub dalszej hodowli, nie jako element dekoracyjny. Nadaje to targom surowy, bezpośredni charakter.




Na targu bywaliśmy codziennie, zaopatrując się w świeże owoce i ciesząc się kolorowym, gwarnym spektaklem, który zdawał się nie mieć końca. Jednak pewnego dnia przekonaliśmy się, że nawet ten nieprzerwany rytm ma swoje granice. Przechadzając się wzdłuż głównej ulicy, gdzie sprzedawczynie rozstawiały swoje towary w stronę ronda, nagle usłyszeliśmy sygnał – jak się szybko okazało, ostrzegawczy. W mgnieniu oka, z zadziwiającą zręcznością, sprzedawczynie zebrały swoje produkty i zniknęły. Ulica, która jeszcze chwilę wcześniej tętniła życiem, nagle opustoszała, pozostawiając po sobie jedynie kartony, krzesełka i wspomnienie niedawnego zgiełku. Ten sam chaos, który zwykle napędzał rynek, tym razem wyraźnie zmienił swój charakter i stał się zapowiedzią zniknięcia.
Nie wiedzieliśmy, co było powodem tak nagłego odwrotu. Coś musiało uruchomić ten mechanizm, bo reakcja sprzedawców była natychmiastowa i doskonale zsynchronizowana.


Gdy dzienny handel zamierał, miasto zmieniało się po raz kolejny.
Po godzinie 17 ulice stopniowo pustoszały, a handel przenosił się na nocny rynek. To tam gromadzili się sprzedawcy ulicznego jedzenia i drobnych upominków. Miejsce to również odwiedzaliśmy, choć tętniło ono życiem już w zupełnie innym rytmie.
