Kulinarna wyprawa do Duy Nghĩa – Wietnamskie smaki i życie poza Hoi An
Fragment podróży przez Wietnam - zapiski z drogi.
Któregoś dnia stwierdziliśmy, że chcemy spróbować czegoś więcej niż samego Hoi An. Zamiast kolejnego spaceru po Starym Mieście, postanowiliśmy sprawdzić co dzieje się poza jego granicami.

Nasz gospodarz polecił nam wyprawę do Duy Nghĩa, małej miejscowości oddalonej o 14 km, gdzie lokalne kobiety specjalizują się w przyrządzaniu Bánh Xèo – wietnamskich naleśników. Chociaż Hoi An słynie z wyśmienitej kuchni, postanowiliśmy skorzystać z tej propozycji, wypożyczyliśmy skuter i ruszyliśmy na poszukiwanie nowych smaków, przy okazji odkrywając wiejską stronę regionu.
Przejechaliśmy przez most Cửa Đại, skąd roztaczał się sielankowy widok na rzekę Thu Bồn i położone na niej wyspy. Bez trudu dotarliśmy do wskazanej miejscowości, gdzie pod prostą wiatą, kobiety, na niskich piecach i dużych patelniach, przygotowywały chrupiące placki.
„Bánh Xèo” dosłownie oznacza „syczący placek”, co odnosi się do dźwięku wydawanego przez ciasto podczas smażenia na gorącej patelni. Kiedy zaparkowaliśmy pod ich “chatką”, kobiety wydawały się zaskoczone naszą obecnością. Być może nie był to typowo turystyczny czas albo miejsce, ale szybko się ożywiły, wesoło rozmawiając i poganiając się nawzajem.
Zamówiliśmy po porcji i usiedliśmy na niskich, czerwonych plastikowych krzesłach, czekając na nasze danie. Po chwili przed nami pojawiły się talerze z chrupiącymi naleśnikami, fasolą, kiełkami i aromatycznymi ziołami – miętą, bazylią oraz żółtlicą, co mnie zaskoczyło, bo w Polsce już rzadko się jej używa.
Bánh Xèo to danie, które przygotowuje się z mąki ryżowej, wody i kurkumy — z prostych składników dających zaskakująco bogaty smak. Naleśnik zawija się w świeże zioła i zanurza w ostrym sosie nước chấm.
Smak był zniewalający, więc nie mogliśmy się oprzeć i zamówiliśmy dodatkowe porcje. Kobiety ożywiły się jeszcze bardziej, a gdy Stefan podszedł, by zamówić trzecią “dokładkę”, śmiech rozbrzmiewał już wokół nas na całego.




Z pełnymi brzuchami i w doskonałych humorach ruszyliśmy dalej, mijając wioski, a w nich domy, szkoły i świątynie. Przemierzaliśmy bezludne plaże, gdzie krowy spokojnie pasły się na złotym piasku. Było słonecznie i spokojnie, może dlatego droga zajęła nam więcej czasu, niż planowaliśmy. Dopiero późnym popołudniem, pełni wrażeń i nowych smaków, wróciliśmy do Hoi An.




Wieczorem udaliśmy się do jednej z lokalnych restauracji. Siedzieliśmy na balkonie z doskonałym widokiem na rzekę i cieszyliśmy się idealnym zakończeniem dnia.
Niestety rzeczywistość szybko to zweryfikowała gdz do restauracji trafiła także grupa anglojęzycznych turystów. Jeden z nich, wyraźnie nietrzeźwy, podniesionym głosem domagał się krewetek, mimo że kelner spokojnie tłumaczył, iż nie jest to sezon na owoce morza i że nie ma ich nawet w menu.
Może to i dobrze, że był to mało turystyczny sezon.
