Hoi An – Żółty labirynt, lampiony i kupiecka przeszłość
Fragment podróży dookoła świata – zapiski z Wietnamu.
Hoi An, położone na wybrzeżu środkowego Wietnamu, okazało się zupełnie inne niż miejsca, które poznaliśmy na północy kraju. Po głośnym i chaotycznym Hanoi i zielonej, słonecznej wyspie Cat Ba o gwarnym, turystycznym rytmie, trafiliśmy do przestrzeni z bogatą historią, wyjątkową architekturą i atmosferą, która od pierwszego wieczoru kazała nam przedłużyć pobyt.

Raz w miesiącu, podczas pełni księżyca, Hoi An odcina prąd na Starym Mieście — dosłownie. Gasną żarówki, a ulice rozświetla wyłącznie ciepły blask świec i setki jedwabnych lampionów. Choć minęliśmy się z tym oficjalnym festiwalem o kilka dni, miasto i tak zgotowało nam oszałamiające powitanie. Gdy tylko wyszliśmy na spacer po zmierzchu, trafiliśmy w sam środek kolorowego spektaklu, jakiego nie widzieliśmy nigdzie indziej na świecie.

Za dnia ten nocny teatr ustępował miejsca zupełnie innym bodźcom. Brukowane uliczki wypełniały galerie sztuki, bary i przede wszystkim sklepy z ubraniami – Hoi An słynie z szycia na miarę w 24 godziny i nie robi z tego tajemnicy.
Naszą oazą stała się kamienica z zacienionym patio, gdzie codziennie jedliśmy śniadania. Krok za próg hotelu oznaczał wejście w labirynt żółtych kolonialnych fasad, pagód i dawnych domów kupieckich – które od 1999 roku, także za sprawą naszego rodaka, znalazły się na liście dziedzictwa UNESCO.
Kiedy Europa była tu tylko gościem
Zanim jednak to wszystko się wydarzyło, Hoi An było przez tysiąc lat głównym portem morskim królestwa Czampa – cywilizacji, której pozostałości widać dziś kilkadziesiąt kilometrów stąd, w ruinach My Son. Miasto leży przy rzece Thu Bon, kilkanaście kilometrów od otwartego morza – wystarczająco blisko, żeby cumowały tu statki, wystarczająco daleko, żeby przeżyć tajfun.
Czamowie kontrolowali ujście rzeki Thu Bon co najmniej od IV wieku. Arabscy, indyjscy i chińscy kupcy zawijali tu po pieprz, drzewo agarowe i ceramikę, zanim jeszcze ktokolwiek w Europie wiedział, gdzie szukać Wietnamu na mapie.
W 1471 roku król wietnamski Lê Thánh Tông rozbił czamskie królestwo i przyłączył te ziemie do Wietnamu. Port zmienił właściciela, ale nie zmienił funkcji. W połowie XVI wieku wietnamski lord Nguyễn Hoàng przybył na południe i uczynił z tego regionu swoją bazę. Rywalizując z władcami Trịnh na północy, potrzebował własnych zasobów i sojuszy. Port był dla niego narzędziem politycznym równie ważnym jak militarnym. Otworzył go na świat.
Efekt był spektakularny. W szczytowym okresie — na przełomie XVI i XVII wieku — Hoi An było najprawdopodobniej najważniejszym punktem handlowym na Morzu Południowochińskim. Jedwab, cukier i drzewo agarowe płynęły stąd do Japonii. Ceramika – wietnamska i chińska – docierała statkami aż na Synaj. Wiemy o tym nie z kronik, lecz ze szczątków wraków, których ładunki archeolodzy wydobyli z dna morskiego.




Za towarami przyszli ludzie: Chińczycy budowali domy zgromadzeń, Japończycy wznieśli własną dzielnicę za mostem. Pojawili się tu też Europejczycy – Portugalczycy już w 1535 roku. W kolejnym stuleciu w ich ślady poszli Holendrzy i Anglicy, z całym aparatem wielkich kompanii wschodnioindyjskich. Zakładali placówki handlowe tzw. faktorie. Żadna jednak nie przetrwała długo bo nie zdołali się przebić.
W tym czasie to już chińscy kupcy kontrolowali sieci dystrybucji, znali lokalnych dostawców od pokoleń, mówili językami, mieli zaufanie władców Nguyễn. W Hoi An Europejczycy działali jeszcze jako goście, nie jako kolonizatorzy – co z czasem stało się ich brutalną normą w innych częściach Azji.
Jak mnisi dali pismo, a rzeka odebrała bogactwo
A jednak, historia bywa przewrotna. Choć kupcy z Europy odeszli stąd z kwitkiem, to właśnie w Hoi An Zachód zostawił swój najtrwalszy ślad.
W 1615 roku w porcie zeszli na ląd pierwsi jezuici. Rok wcześniej szogunat Tokugawy wydał edykt całkowicie zakazujący chrześcijaństwa w Japonii. Wietnam stał się dla jezuitów alternatywnym polem misyjnym. Władcy Nguyễn przyjęli ich chętnie – jezuici przybywali pod portugalskim patronatem, a Portugalia była dla Nguyễnów cennym sojusznikiem handlowym i militarnym.
Aby rozmawiać z miejscowymi, misjonarze zaczęli skrupulatnie spisywać dźwięki lokalnego języka po łacinie. Francisco de Pina był pierwszy – to on stworzył podwaliny. Alexandre de Rhodes odziedziczył tę pracę, usystematyzował ją i opublikował. Tak narodziło się quốc ngữ – romanizowany zapis języka wietnamskiego, którego Wietnam używa do dziś.
Gdy rzekę zabrał muł, a miasto zapadło w sen
Jednak wszystko ma swój koniec – w przypadku Hoi An przyniósł go muł. Rzeka Thu Bon zamulała się przez cały XVIII wiek i coraz większe statki nie mogły dobić do nabrzeża i cumowały w sąsiednim Da Nang. Port zaczął drastycznie tracić na znaczeniu.
W 1780 roku miasto dodatkowo ucierpiało w wyniku rebelii Tây Sơn – największego chłopskiego powstania w historii Wietnamu, które na dwie dekady odsunęło od władzy dynastię Nguyễn. Choć Nguyễnowie odzyskali tron w 1802 roku, Hoi An nie wróciło już do dawnej chwały. Chińscy kupcy wprawdzie odbudowali spalone domy, ale handlowy środek ciężkości na stałe przesunął się do pobliskiego, głębszego Da Nang. Gdy w 1835 roku cesarz Minh Mạng wydał oficjalny dekret zakazujący europejskim statkom zawijania gdziekolwiek poza Da Nang, los dawnego portu został przypieczętowany.
I to właśnie tam, pół wieku później, historia zatoczyła wyjątkowo ironiczne koło. W 1858 roku francuskie okręty wojenne uderzyły na Da Nang. Oficjalny powód? Obrona katolickich misjonarzy przed prześladowaniami ze strony wietnamskich władców.
Rzecz jasna, była to tylko wygodna przykrywka; Paryż i tak parł do imperialnej ekspansji po surowce i strefy wpływów, a religia posłużyła za idealny pretekst. W ciągu kilku dekad Francja zajęła cały Wietnam na niemal sto lat.
Zamulonym Hoi An nikt się już nie przejmował. Podczas gdy nowi kolonialni panowie z impetem przebudowywali Hanoi, Sajgon czy tworzyli od zera górskie kurorty pokroju Dalat, dawna perełka nad rzeką Thu Bồn została całkowicie zapomniana. Miasto na sto lat zapadło w prowincjonalny sen. Stare kamieniczki stały, grzybiały i czekały – jak się okazało – na polskiego architekta, który w 1982 roku przyjechał tu przypadkowo wykąpać się w morzu.

