Blog

Nocna podróż z Hoi An do Nha Trang – Tajemnice przewoźnika i nieprzewidywalność cen ulicznej kuchni

Fragment podróży dookoła świata – zapiski z Wietnamu.

Znów nocny autobus i znów nowe przygody: karkołomna jazda po serpentynach, tajemnicze przystanki i zaskakujące ceny bánh mì. Wietnam nadal zaskakuje.

Widok z drogi między Nha Trang a Dalat

Pod osłoną nocy wyruszyliśmy z Hoi An w stronę miejscowości Nha Trang, gdzie mieliśmy przesiąść się na kolejny autobus do Dalat. Gdy wszyscy pasażerowie w końcu znaleźli swoje miejsca, mogliśmy ruszać. Ledwo opuściliśmy rozświetlone miasto, zaczęło lać jak z cebra. Deszcz bił o szyby, niemal całkowicie przesłaniając widok. Autobus pędził na złamanie karku, podskakując na wertepach - najwyraźniej zła pogoda nie miała wpływu na styl jazdy. Także tym razem zajmowaliśmy miejsca na piętrze, więc dla bezpieczeństwa znów zapięłam pasy, żeby nie wypaść z łóżka.

Gdy w końcu zgaszono światło, zapadła cisza. Wszyscy ułożyli się do snu albo już spali. Tylko ja siedziałam przy komputerze, próbując zapisać wrażenia z ostatnich dni. Nie było to jednak łatwe, bo autobus trząsł się tak mocno, że ręce ślizgały mi się po klawiaturze. W końcu poddałam się i zaczęłam obserwować, co dzieje się na zewnątrz podczas przystanków.

Autobus robił częste postoje, podczas których ładowano pod pokład kolejne lokalne “skarby”: worki ryżu, kartony, tajemnicze paczki. Czego tam nie było! Po prostu wietnamska poczta w wersji “na sterydach”.

Z całym tym dobytkiem dotarliśmy do Nha Trang o świcie, zaskakująco przed czasem (co z drugiej strony nie powinno mnie dziwić, biorąc pod uwagę karkołomny styl jazdy).
– “Autobus do Dalat za godzinę” – ogłoszono.
“Taa, jasne” – pomyślałam, nie wierząc już w autobusowe przepowiednie. I słusznie, bo wyruszyliśmy dopiero o 8.
Usiedliśmy więc na chodniku i czekaliśmy. Nie mogliśmy się stamtąd nigdzie ruszyć bo godzina podstawienia autobusu zmieniała się co chwilę i nikt tak naprawdę nie wiedział, kiedy on ostatecznie nadjedzie. Przed nami było wiec mnóstwo czasu na podziwianie lokalnego życia na wietnamskim PKS-ie, które okazało się idealnym remedium na nudę oczekiwania.

Gdy głód zaczął dawać o sobie znać, naprzeciwko nas – jak oaza na pustyni – pojawiła się kobieta z wózkiem pełnym Bánh Mì, ikony wietnamskiej kuchni ulicznej. Francuzi opuścili Wietnam po stuleciu kolonizacji, ale zostawili po sobie bagietkę, która w wietnamskim wydaniu stała się symbolem kulinarnego geniuszu tego kraju. Zamówiliśmy więc po bułce, a smak tych kanapek był tak porywający, że 20 minut później wróciliśmy po kolejne. Jednak oto niespodzianka – cena wzrosła z 30 000 do 40 000 dongów. W zaledwie 20 minut!

Cóż, widocznie w świecie Bánh Mì nie ma miejsca na przewidywalność. Ach, ta wietnamska ekonomia!

Mobilny wózek z jedzeniem i napojami w Wietnamie