14. Jezioro Mashu – Mgła, chaos autobusowy i nieoczekiwane przygody

Następnego dnia, gdy słońce rozświetliło niebo, wszystko stało się jasne. Nasze schronisko, choć umiejscowione idealnie pomiędzy malowniczą miejscowością Mashu a tajemniczym jeziorem Mashu-ko, znajdowało się pośrodku niczego. Wtedy zrozumieliśmy, dlaczego wieczorem nie było tam żadnego dojazdu ani terminala płatniczego. Nagle wszystko nabrało sensu.
Teraz jednak nasze myśli krążyły już wokół innego pytania: jak właściwie dojechać nad jezioro? W schronisku powiedziano nam, że około dziewiątej przejeżdża autobus jadący w tamtym kierunku. Plan miał być bardzo prosty, zwłaszcza że słup sygnalizujący przystanek stał tuż obok schroniska.
O dziewiątej rano stanęliśmy więc na środku drogi. Na horyzoncie nie było żywej duszy, tylko my i koncert, jaki dawał w polu odległy traktor.
Nagle, w oddali, zobaczyliśmy autobus - dokładnie dwa, jak się miało za chwilę okazać. Po tym, jak pierwszy zignorował nas kompletnie, chociaż staliśmy przecież na przystanku, do drugiego zaczęliśmy już machać, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że to ostatnia szansa dostania się nad jezioro. Nie muszę pisać, że i drugi nas zignorował, zostawiając nas na drodze, wciąż z entuzjastycznym uśmiechem na twarzy!
Autostop w Japonii – Kiedy wystarczy uśmiech i słowo „Pōrando”
Ale jak to w życiu bywa, zawsze znajdzie się jakiś anioł stróż. W naszym przypadku była to starsza para, która również zmierzała nad jezioro. Choć tylne siedzenie było załadowane różnymi rzeczami, postanowili nie zostawiać nas na drodze. Przekładali wszystko do bagażnika, aby zrobić miejsce i zabrać nas ze sobą, mimo że nikt inny pewnie nie zatrzymałby się w takiej sytuacji. Mówili słabo po angielsku, więc próbowaliśmy porozumieć się tymi kilkoma japońskimi słowami, które już zdążyliśmy opanować. Opowiadaliśmy, skąd jesteśmy – Polska to po japońsku Pōrando, co wywołało u nich uśmiech i kiwanie głowami. Gdy padło słowo Doitsu (Niemcy), ich reakcja była wyraźnie żywsza. Niedługo potem wjeżdżaliśmy już na parking przy jeziorze, gdzie stały autobusy, które wcześniej nas zignorowały. Zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie i pożegnaliśmy się z naszymi wybawicielami.
Kiedy dotarliśmy nad jezioro Mashu, słońce świeciło, a otoczone zalesionymi górami jezioro wyglądało jak z kartki pocztowej. Choć nie można podejść na brzeg, z dwóch platform obserwacyjnych można podziwiać ten naturalny klejnot. Nie minęło jednak dziesięć minut kontemplacji, a sceneria dramatycznie się zmieniła. Gęsta mgła zasłoniła jezioro i zaczął padać deszcz. Ale nie ma tego złego – mówi się bowiem, że mgła nad Mashu przynosi szczęście w miłości.
W tym czasie wszyscy turyści zdążyli zgromadzić się w jedynym sklepiku w całej okolicy.






Drogę powrotną do Mashu postanowiliśmy pokonać busem. Choć i tutaj nie obyło się bez przygód. Kierowca sprzedał nam dwudniowy bilet (Teshikaga-eco passport), mimo naszych prób wyjaśnienia, że potrzebujemy go tylko na jedną trasę. W autobusie poznaliśmy Amerykanina, który poinformował nas, że to i tak była najtańsza opcja przejazdu do jeziora. Tyle zachodu, żeby dotrzeć do najczystszego jeziora świata – gdzieś na końcu świata, w dzikim Hokkaido…


Mashu na pożegnanie – Kiedy komplikacje zmieniają się w dobre wspomnienia
W Mashu mieliśmy trochę czasu, więc postanowiliśmy zobaczyć, co ta miejscowość ma do zaoferowania. Była niedziela, więc oprócz kilku małych sklepików i jednego marketu miasto wydawało się opustoszałe. Robiąc zakupy, podziwialiśmy imponującą – jak na tak małą miejscowość – różnorodność owoców morza. Spacerowaliśmy jeszcze chwilę ulicami, ale niedługo potem wróciliśmy na stację, co okazało się świetnym pomysłem. Przy peronie odkryliśmy gorące źródło przeznaczone do moczenia stóp, więc relaksowaliśmy się tam, zanurzając nogi w ciepłej wodzie, podczas oczekiwania na nasz pociąg.
I tak oto zakończyła się nasza przygoda w Mashu i okolicach. okazuje się nieoczekiwaną – a przez to piękną – częścią podróży. To właśnie tutaj po raz pierwszy spaliśmy w ryokanie, złapaliśmy nieplanowany autostop i zanurzyliśmy zmęczone stopy w gorących źródłach.







Park Narodowy Akan – co jeszcze oprócz jeziora Mashu?
Park Narodowy Akan w Japonii to wulkaniczny raj z trzema głównymi jeziorami: oprócz Mashu znajdują się tam jeszcze Akan-ko i Kussharo-ko. Każde jezioro ma swoją unikatową atmosferę i piękno. Nie przegap rzadkich okrągłych glonów, znanych jako marimo, uznawanych za skarb narodowy, które możesz zobaczyć w jeziorze Akan.
Kussharo-ko oferuje nie tylko piękne widoki, ale także możliwość relaksu na naturalnych piaszczystych plażach, gdzie gorące źródła wypływają na powierzchnię, tworząc naturalne onseny tuż nad brzegiem jeziora. Park jest również domem dla aktywnych wulkanów, takich jak Meakan-dake i Oakan-dake, co dodaje dreszczyk emocji do wędrówek.
Informacje praktyczne o jeziorze Mashu

