1. Pierwsze kroki w kraju kwitnącej wiśni – Wrażenia z nocnego Tokio
Fragment podróży dookoła świata – zapiski z Japonii.
Nie było wielkich planów ani marzeń wypowiadanych głośno — było tylko poczucie, że trzeba ruszyć w świat. Daleko, daleko, żeby poszukać prawdziwej wolności bez daty powrotu. A potem pewnego dnia spakowane plecaki i zamknięte drzwi. Nasza podróż dookoła świata zaczęła się naprawdę — i zaczęła się od Japonii.

Tokio o północy – Pierwsze godziny w mieście
Po siedemnastu godzinach lotu z przesiadką w Katarze lądowaliśmy późnym wieczorem w sercu Japonii. Patrząc z góry na rozświetlone Tokio, czas na krótko przestał istnieć. Czułam czystą ekscytację, podczas gdy Stefan chyba właśnie uświadamiał sobie, na co dał się namówić – przynajmniej tak mówiła jego mina. Jedno było pewne: świat, który znaliśmy, zostawialiśmy za sobą, a poniżej czekał ten nieznany, który mieliśmy dopiero odkryć.
Hala przylotów była niemal pusta; na nas czekały już tylko pierwsze formalności. Po zrobieniu zdjęć twarzy i zostawieniu odcisków palców, otrzymaliśmy pieczątkę w paszportach – przepustkę do 22-dniowej, bezwizowej przygody w kraju kwitnącej wiśni.
Planując odkryć jak najwięcej zakątków Japonii, zaopatrzyliśmy się w JP Rail Ticket. To specjalny bilet dostępny tylko dla turystów, a jego odbiór wymagał właśnie tej pieczątki. Chociaż okienko na lotnisku było już zamknięte, pomocna obsługa podała nam listę miejsc w Tokio, gdzie mogliśmy odebrać nasze bilety następnego dnia.
Kiedy opuściliśmy lotnisko, wilgotne, duszne powietrze otoczyło nas niczym ciepły uścisk. Taksówkarz w białych rękawiczkach galancko otworzył dla mnie tylne drzwi jego błyszczącej Toyoty. Tak właśnie witało nas Tokio. Jadąc do hotelu, patrzyłam na miasto skąpane w neonach i brudnobrązowe chmury, które zdawały się odbijać jego światło.
Gdy w hotelowej recepcji podałam wydrukowane potwierdzenie rezerwacji (tak na wszelki wypadek), recepcjonista spojrzał na kartkę z taką miną, że od razu zrozumiałam: z naszym łacińskim alfabetem za daleko tu nie zajedziemy. No bo niby jak. Japończycy zapisują obce nazwiska w katakanie, zupełnie innym piśmie. Trwało to dłuższą chwile, ale gdy nasze nazwiska w końcu „wskoczyły” w system, mogliśmy wreszcie odetchnąć.
W hotelowym pokoju czekały na nas dwie klimatyzacje, które obiecywały chwilę ulgi. W łazience odkryłam krótką, ale głęboką wannę – idealną po wyczerpującej podróży. Stały tam również małe podróżne szczotki do włosów zapakowane w foliowy woreczek. Taka naprawdę mini — z dziesięcioma ząbkami. Była jak ulał do mojego minimalistycznego bagażu, na długą podróż.
I oczywiście słynne japońskie toalety — których funkcji od razu nie omieszkaliśmy wypróbować. Efekty szybko przypomniały mi, w jak innowacyjnym kraju się znaleźliśmy. Wyszliśmy z łazienki z mieszaniną rozbawienia i podziwu. Podgrzewana deska, muzyka, strumień wody w trzech wariantach — japońska toaleta to nie sprzęt sanitarny, to doświadczenie samo w sobie. To jak podróż w czasie… do przyszłości.
Chociaż wciąż byłam w szoku, uświadomiłam sobie, że nasza podróż dookoła świata naprawdę się rozpoczęła. I zaczęła się od Japonii.



