Wodospad słoni i pagoda Linh An – Górska przygoda wokół Dalat
Fragment podróży dookoła świata – zapiski z Wietnamu.
Dalat najlepiej smakuje z perspektywy dwóch kółek. Gdy tylko zostawisz za plecami miejski zgiełk, świat gwałtownie zwalnia, ustępując miejsca dolinom i ciągnącym się po horyzont plantacjom kawy. Naszym celem był Wodospad Słoni – miejsce, które najpierw każe się szukać, by chwilę później ogłuszyć cię rykiem wody i uderzyć w twarz wilgotną bryzą.
Ale ta wyprawa to nie tylko walka z grawitacją na śliskich skałach. Tuż obok, w cieniu gigantycznego Śmiejącego się Buddy, pagoda Linh An zaoferowała nam coś, czego próżno szukać w wydeptanych przez turystów miejscach: moment absolutnego zatrzymania.

Wodospad Słoni – 145 stopni do potęgi natury
Jeden z dni pobytu postanowiliśmy spędzić poza Dalat, ruszając w drogę skuterem. Im dalej od miasta, tym krajobraz stawał się spokojniejszy - górskie doliny, wsie takie jak Ta Nung i rozciągające się po horyzont plantacje kawy i morwy. Celem był Wodospad Słoni (Thác Voi), położony 30 km od Dalat, w małej miejscowości Nam Bam.
Wodospad miał znajdować się gdzieś w pobliżu, ale początkowo nie mogliśmy go znaleźć i błądziliśmy po okolicy. Dopiero na końcu wioski, gdy zabudowa zaczęła się przerzedzać, dostrzegliśmy po prawej stronie małą, ukrytą tabliczkę. Trochę za późno jak na drogowykaz bo z tego miejsca można było już wyraźnie usłyszeć szum wody.
Schodziliśmy ostrożnie po śliskich schodach wykutych w naturalnej skale — aby dotrzeć do stóp wodospadu, trzeba pokonać ich aż 145. My jednak nie dotarliśmy od razu na sam dół, bo po drodze natknęliśmy się na rozwidlenie ścieżek.
Zdecydowałam się wybrać tę, która prowadziła ponownie pod górę. Szum wody był coraz intensywniejszy i nagle wodospad ukazał mi się z boku. Nie stałam tam nawet minuty, gdy potężna fala wody i wiatru uderzyła we mnie z taką siłą, że prawie zdmuchnęła mnie ze zbocza. W kilka sekund byłam cała mokra. To nieoczekiwane ochłodzenie w zupełności mi wystarczyło — zeszliśmy niżej, żeby spojrzeć na wodospad z innej, nieco dalszej perspektywy.


Kucające słonie w korycie rzeki
Różne źródła podają różne liczby — wysokość wodospadu szacuje się na od 20 do ponad 30 metrów, a szerokość na około 40 metrów. Jedno jest pewne — jest on jednym z trzech największych i najbardziej potężnych wodospadów w okolicach Da Lat, a w 2001 roku został oficjalnie uznany za Narodowy Pomnik Przyrody. Stojąc przed nim, liczby przestają mieć znaczenie — ta szerokość w połączeniu z siłą spadającej wody naprawdę robi wrażenie.
Swoją nazwę zawdzięcza charakterystycznym formacjom skalnym — i tu wersje się rozchodzą. Jedna mówi o kucającym słoniu, który trąbą miesza wodę, aż echo rozlega się po całej okolicy. Druga głosi, że czarne skały u jego podnóża, obrośnięte mchem i nieustannie obmywane przez wodę, przypominają grzbiety kąpiących się słoni. Za potężną ścianą spadającej wody kryje się jeszcze jedna osobliwość — Hang Dơi, czyli Jaskinia Nietoperzy, która sięga około 50 metrów w głąb ziemi.
Do wodospadu można podejść bardzo blisko, choć wymaga to skakania z kamienia na kamień po mokrych, śliskich głazach. Nie każdemu wychodzi to z gracją — świadczą o tym ślady żółtej gliny na naszej torbie, które zostały nam na pamiątkę do dziś.


Pagoda Ling An – Oaza spokoju i ukojenia w górskim krajobrazie okolic Dalat
W pobliżu wodospadu znajduje się pagoda Linh An, założona w 1993 roku przez rdzennych mieszkańców Hanoi, którzy przenieśli się w te rejony w ramach rządowych programów migracji gospodarczej.

Przed świątynią rozciąga się duży plac, a prowadzą do niej schody ozdobione cementowymi smokami wijącymi się wzdłuż stopni. W wietnamskich świątyniach pełnią one funkcję strażników sacrum, ale w przeciwieństwie do europejskich tradycji, tutaj smok jest istotą wyłącznie dobroczynną. Wietnamczycy z dumą nazywają siebie zresztą „Dziećmi Smoka”, nawiązując do narodowego mitu, według którego ich naród zrodził się ze związku smoczego króla i niebiańskiej wróżki.
Obok schodów stoi cementowa figura żółwia, z którego pyska wydobywają się… również cementowe, spiralne kłęby dymu. W tutejszej kulturze żółw to symbol długowieczności oraz łącznik między niebem a ziemią. Te zastygłe w betonie kłęby ognia i dymu nadają mu sakralnego charakteru – wietnamska tradycja odróżnia w ten sposób mistyczne stworzenia opiekuńcze od zwykłych dekoracji.

Wewnątrz świątyni stoją trzy posągi Buddy symbolizujące przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, znane jako Tryada Trzech Czasów. Obok nich znajdują się posągi Bodhisattwy Avalokiteshvary — bodhisattwy współczucia. Szybko stało się jasne, że to miejsce zapamiętam inaczej niż większość napotkanych po drodze świątyń.
Gdy weszliśmy do środka świątyni, nie było nikogo. Mieliśmy chwilę, aby nacieszyć się spokojem i atmosferą tego miejsca — ciszą, która w buddyjskich świątyniach jest równie ważna jak modlitwa. Po chwili zjawił się strażnik. Widząc, że stoję przy dzwonie, zachęcił mnie gestem, bym uderzyła pałeczką w gong i symbolicznie obudziła bogów.
Uderzyłam. Głęboki, niski dźwięk przeciął ciszę i rozlał się po całej sali. W buddyjskiej tradycji uderzenie w dzwon to gest oczyszczenia — mówi się, że dźwięk dociera do wszystkich sfer istnienia i odpędza złe energie. Gdy tak wibrował w powietrzu, miałam wrażenie, że to echo zmieniło energię całego miejsca, budząc je do życia tuż przed nadchodzącym nabożeństwem. My tymczasem wyślizgnęliśmy się do ogrodów, ciekawi tego, co jeszcze skrywa ten teren.

Ogrody Buddy Szczęścia
Czterohektarowy teren świątynny porastają eukaliptusy i figowce, a wśród nich ustawiono blisko 500 posągów Buddy i innych symboli religijnych, każdy o wysokości niemal 3 metrów.
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów kompleksu jest posąg Śmiejącego się Buddy, znany także jako Budda Szczęścia (Di Lac) — mierzący 12,5 metra wysokości, uznawany za największy tego rodzaju w prowincji Lam Dong. Jego wielka, zielonkawa sylwetka i szeroki uśmiech emanują spokojem i radością, jakby miały dodać otuchy każdemu, kto go ujrzy. W buddyjskiej tradycji Maitreja — bo takie jest jego właściwe imię — to Budda Przyszłości, który ma się pojawić, gdy nauki obecnego Buddy odejdą w zapomnienie, i przywrócić światu czystą Dharmę. Jego okrągły brzuch i serdeczny śmiech symbolizują radość, hojność i dobrobyt, a ogromny sznur drewnianych pereł modlitewnych (mala), który trzyma w dłoni, oznacza uważność i zdolność do przemiany trosk w szczęście.
W ogrodzie stał jeszcze jeden wielki, biały posąg Buddy Siakjamuniego (Thích Ca Mâu Ni). Siedział w pozycji medytacyjnej na kwiecie lotosu pod świętym drzewem Bodhi. Przed nim, na kamiennym podwyższeniu, umieszczono pięć mniejszych, złotych posągów, które również przedstawiają Buddę w różnych mudrach — rytualnych gestach dłoni.
Mniejsze złote posągi posiadają charakterystyczny element — za plecami każdej figury unosi się rozpostarty kaptur wielogłowego węża. To nawiązanie do buddyjskiej legendy o królu nagów imieniu Mucalinda. Według tekstów kanonicznych, kilka tygodni po tym, jak Budda osiągnął oświecenie pod drzewem Bodhi i trwał w głębokiej medytacji, rozpętała się potężna, siedmiodniowa burza. Mucalinda wyłonił się spod ziemi, owinął swoje ciało siedem razy wokół Buddy i rozwinął nad jego głową swój wielki, siedmiogłowy kaptur niczym parasol, chroniąc go przed deszczem, wiatrem i zimnem. Gdy niebo się wypogodziło, przybrał postać młodzieńca i złożył hołd Przebudzonemu.


Przechadzaliśmy się powoli, ciesząc się ciszą — bo i tu, w ogrodach, byliśmy sami. W końcu usiedliśmy w szerokich fotelach zrobionych z powykręcanego drewna. Obok stały równie imponujące, masywne stoły, jakby wykonane z wygiętych konarów drzew.
To właśnie Đồ gỗ rễ cây — meble z korzeni i pniaków, jedna z najbardziej oryginalnych tradycji wietnamskiego rzemiosła. Najcenniejsze egzemplarze wykonuje się z Gỗ Hương — palisandru o ciepłej, czerwonawo-brązowej barwie i twardości graniczącej z kamieniem — lub z Gỗ lũa, najtwardszego rdzenia martwego, stuletniego drzewa, który nigdy nie gnije. Każdy fotel i każdy stół ma kształt narzucony przez naturę przez dziesiątki lat wzrostu — żaden nie wygląda tak samo jak drugi.

Deszczowa nostalgia
Spacerowaliśmy jeszcze przez chwilę, aż zaczęło padać. Wróciliśmy więc do świątyni i usiedliśmy na jej progu. W środku trwało nabożeństwo. Drzwi pozostały otwarte. Nic nas nie goniło, było cicho. Krople deszczu uderzały o posadzkę, mieszając się ze śpiewem dochodzącym z wnętrza.
Gdy spojrzałam na modlące się kobiety, jedna z nich — siedząca z tyłu — uśmiechnęła się do mnie i skinęła głową, zachęcając, bym dołączyła do modlitwy. Nie zdecydowałam się. Nie chciałam naruszać duchowości tego miejsca ani tej magicznej chwili, gdzie wszystko po prostu pasowało. Siedzieliśmy jeszcze przez dłuższy czas, chłonąc atmosferę tego miejsca. W tym momencie nic innego nie istniało — tylko śpiew, stukot deszczu i widok zalesionych wzgórz tonących w deszczowej mgle.
To była jedna z tych rzadkich chwil, gdy człowiek wie bez zastanowienia, że jest dokładnie tam, gdzie powinien być — i staje się na moment częścią czegoś większego niż on sam.
Gdy w końcu wyrwaliśmy się z tego magicznego świata, zauważyliśmy, że deszcz już ustąpił. Ruszyliśmy więc w powrotną drogę, podziwiając doliny, nad którymi właśnie wschodziła tęcza.
Następnym przystankiem miała być plantacja kawy.




